Kucharczyk poszedł. .

- Wstawaj, gnojku, idziemy. Duncan, baw się dobrze. Będę za godzinę, może wcześniej. Do tego czasu ona jest twoja. Zimno na dworze podziałało jak policzek. Z rękoma unieruchomionymi z tyłu Quinn przebijał się przez śnieg za domem coraz wyżej i wyżej na Niedźwiedzią Górę. Słyszał sapanie Mossa i wiedział, że brak mu kondycji. Ale ze skutymi rękoma nie poradziłby sobie z karabinem. A Moss był wystarczająco rozsądny, żeby nie podchodzić zbyt blisko, ryzykując obezwładniające kopnięcie od byłego komandosa. Znalezienie tego, czego szukał, zajęło Mossowi dziesięć minut. Na skraju polany w świerkowo-jodłowym lesie porastającym zbocza ziała głęboka szczelina o szerokości najwyżej dziesięciu stóp, przechodząca pięćdziesiąt stóp niżej w ledwie widoczne pęknięcie. Wypełniał ją miękki śnieg, w który ciało zapadnie się jeszcze na trzy, cztery stopy. Świeży śnieg w grudniu, później w styczniu, lutym, marcu i kwietniu dokładnie przykryje ciało. W czasie roztopów wszystko się rozpuści zamieniając szczelinę w lodowaty potok. Raki dokończą dzieła. Latem roślinność wypełni wąwóz, przykrywając szczątki do następnego roku i znów do następnego, I znów. Quinn nie miał złudzeń, że umrze od jednego czystego strzału w głowę lub serce. Rozpoznał twarz Mossa, przypomniał już sobie jego nazwisko, znał jego zboczone przyjemności. Zastanawiał się, czy potrafi w milczeniu znieść ból, nie dając Mossowi satysfakcji. Myślał też o Sam i o tym, przez co będzie musiała przejść przed śmiercią. - Uklęknij - powiedział Moss. Oddychał spazmatycznie. Quinn ukląkł. Próbował zgadnąć, gdzie trafi go pierwsza kula. Usłyszał wystrzał brzmiący głucho w czystym powietrzu. Nabrał oddechu, zamknął oczy i czekał. Uderzenie kuli wydawało się wypełniać całą polanę i odbijać echem wśród szczytów. Ale śnieg stłumił je tak szybko, że nie usłyszał tego nikt na drodze daleKO w dole ani tym bardziej w odległym o dziesięć mil miasteczku. Pierwszym odczuciem Quinna było zaskoczenie. Jak można chybić z takiej odległości? Ale szybko zdał sobie sprawę, że to część zabawy Mossa. Odwrócił się. Moss stał z karabinem wycelowanym w niego. - No dalej, na co czekasz, mięczaku - powiedział Quinn. Moss na wpół uśmiechnął się i zaczął opuszczać karabin. Opadł na kolana, nachylił do przodu i oparł dłonie na śniegu przed sobą. W retrospekcji wydaje się, że trwało to dłużej, ale naprawdę minęły tylko dwie sekundy, gdy Moss patrzył na Quinna, klęcząc z rękoma na śniegu, zanim nie opadła mu głowa, a z ust wypłynął jasny strumień pieniącej się krwi. Wtedy westchnął i cicho przewrócił się na bok w śnieg. Kamuflaż mężczyzny był tak dobry, że Quinn zobaczył go dopiero w kilka sekund później. Stał zupełnie bez ruchu po drugiej stronie polany, między dwoma drzewami. Teren uniemożliwiał jazdę na nartach, nosił więc buty śniegowe, przypominające ogromne rakiety do tenisa. Ubranie arktyczne miejscowego pochodzenia oblepiał śnieg, ale i pikowane spodnie, i anorak były jasnobłękitne, najbliższy bieli kolor osiągalny w sklepie. Sztywny szron zakrzepł na pasmach futra wystającego z kaptura, na brwiach i brodzie. Twarz miał posmarowaną tłuszczem i sadzą. W ten sposób żołnierze działając w warunkach 30 stopni poniżej zera chronią skórę przed odmrożeniem. Karabin trzymał swobodnie w poprzek piersi, pewny, że nie będzie potrzebny drugi strzał. Quinn zastanawiał się, jak mógł przeżyć tu na górze, biwakując w jakiejś szczelinie lodowej na zboczu za chatą. Ale jeśli można przetrwać zimę na Syberii, można także w Yermont. Quinn splótł dłonie ciągnąc i przepychając tak długo, aż przełożył je pod siedzeniem. Następnie przecisnął po kolei nogi między skutymi rękoma. Mając dłonie z przodu, przeszukał anorak Mossa, znalazł klucz od kajdanek i uwolnił się. Wziął karabin Mossa i wstał. Człowiek po przeciwnej stronie polany przyglądał mu się spokojnie. Quinn krzyknął głośno.. Przedmiotem jest w tym wypadku nasza własna jaźń. Jeśli ona. A wiemy że wiedziony raczej szczęśliwą gwiazdą niż rozsądkiem, Han-Era dotarł po licznych potyczkach i jeszcze liczniejszych manewrach unikających przeciwnika w okolice Nankinu, gdzie natknął się na straż tylną Zhu Yuanzhanga. Nie był wówczas jeszcze cesarzem, lecz tylko przywódcą jednego z wielu oddziałów powstańczych, zajętym raczej walką o władzę z lokalnymi rywalami niż wyganianiem Mongołów, którzy zresztą przezornie pozamykali się w twierdzach.. - Witajcie w walentynki! - krzyknął Lockhart. - I niech mi będzie wolno podziękować tym czterdziestu sześciu osobom, które przysłały mi kartki! Tak, pozwoliłem sobie na zaaranżowanie tej małej niespodzianki... ale nie koniec na tym! Klasnął w dłonie i do sali wkroczył tuzin dość gburowato wyglądających krasnoludów. Nie były to jednak byle jakie krasnoludy. Lockhart podoczepiał im złote skrzydełka; każdy niósł też harfę.. Niemu potężną armię złożoną z posiłkowych oddziałów arabskich i tysiąca jeźdźców per-. - Rzeczywiście, cena jest czynnikiem dość intrygującym - kontynuował najwyraźniej nie poruszony Pilgrim.. - Niesie nas coraz szybciej - oceniła Milva, też spluwając do wody i przyglądając się oddalającej plwocinie. - I środkiem plosa. Mogą nas w rzyć pocałować, jedni i drudzy. Zakręty łagodne, brzegi równe i całe w wiklinie. Płyniem w dół Jarugi, nie dościgną nas. Rychło im się znudzi..

Partners

Categories

Recently added